Wojna i pokój

Autor: Roman Knap, Gatunek: Dramat, Dodano: 06 grudnia 2012, 15:01:21

Za chwilę czytelniku staniesz się świadkiem martyrologii Ormian i tych wszystkich okrucieństw na ludności, jakich doznaje się mieszkając i żyjąc w Armenii, Azerbejdżanie i w ogóle na Zakaukaziu, na terenie walk, które toczą między sobą Persowie i Osmanowie, żołnierze z zaborczych i zachłannych państw ościennych, mających ambicje mocarstwowe (a jak ci nie pasuje Armenia to sobie w to miejsce wstaw Afganistan, Czeczenię, Palestynę, a za zachłanne mocarstwowe państwa przyjmij Rosję i USA).  Za chwilę zacznę epatować okropieństwami, ciągłym przelewem krwi i ze zdania na zdanie stanie się dla ciebie jasne, że oto czytasz jedną z najbardziej krwawych, bestialskich, brutalnych, drastycznych, potwornych i nieludzkich opowieści, jakie kiedykolwiek czytałeś, a to wrażenie - okropieństw i nieludzkości - szczególnie narośnie, kiedy oto Persami zarządzę na wielką i niepojętą skalę deportację całej ludności armeńskiej ze zdobytych terenów do Persji (co nazwę wielkim surgunem). Za chwilę więc Persami zacznę uprowadzać lud armeński i pędzić go do Persji, zdam ci relację z okrucieństw wojny, zaborcy, pacyfikacji, wygnania, masowego i narodowego przesiedlenia, oddam męczeństwo narodu i ludności, zacznę krok po kroku i sukcesywnie mnożyć gwałty, krew, spustoszenie, płacz, udrękę, mordęgę i wszelkie tego synonimy. Za chwilę zatem postaram się być przejmujący, brutalny i rzecz napisać z pasją, tymczasem ty czytelniku miej serce zupełnie nieprzygotowane na świadkowanie takim zbiorowym zbrodniom na ludności i nie miej wiary ani współczucia na te wszystkie wstrząsające zbiorowe nieszczęścia i zbrodnie. Żyj miłością i pokojem.

To opowieść o Ormianach. Ormianie ukryli się, tym razem przed bandą dżalalich (dżalalaliowie to tureccy rebelinaci, buntownicy, tworzyli bandy partyzancko-rabunkowe), w pewnej podziemnej pieczarze, bo

Niektórzy z tych dżalalich udali się do gawaru garrnijskiego, gdzie znaleźli sztucznie wykutą pieczarę, a w niej wielu ukrywających się Ormian, którzy schowali się tam w strachu przed nimi. Ta wielka pieczara wykopana była w ziemi i miała jedno tylko wejście, a nigdzie poza tym nie było żadnego otworu, żadnego kominka ani szczeliny. Dawnymi czasy książęta wykuli i wykopali tę pieczarę dla jakichś swoich potrzeb, a teraz ukryli się w niej ludzie ze strachu przed dżalalim. I kiedy przyszli dżalaliowie i znaleźli ich, to mimo wielodniowych starań nie zdołali zdobyć tej pieczary. Dżalaliowie uciekli się zatem wówczas do takiego sposobu: przynieśli ogień i rozpalili ognisko przed wejściem do pieczary, żeby dym z ogniska wchodząc do pieczary wykurzył tych, co się w niej znajdowali; a do ogniska wrzucili trupa tak, żeby  smród z tej spalenizny wdzierał się pod ziemię. W pieczarze było mnóstwo ludzi, około pięciuset, a może i więcej. Z powodu ciemności paliły się tam kaganki.

Nagle smrodem wrzuconego w ogień trupa zacząłem psuć powietrze w pieczarze.
Skałami potniałem.
Poceniem się zacząłem z ludzi ukrytych w pieczarze ściekać strumieniami.
Kagankami zacząłem gasnąć, aż zgasłem ostateczne.
500-ciuset Ormianami w pieczarze zacząłem puchnąć, puchłem nimi i pokrywałem się bąblami. A potem tymi bąblami sączyłem się w żółtą ciecz.
Nagle wszystkimi mężczyznami, kobietami, starcami, dziećmi i niemowlętami dusiłem się, mdliłem, opadałem z sił, omdlewałem, nie wychodziłem z pieczary i umierałem - umierałem ojcem i synem, umierałem matką i córką, umierałem braćmi. I umierającymi ojcem i matką, umierającymi matką i córką, umierającymi braćmi obejmowałem się wzajem. Dżalalimi zaś czuwałem u wejścia i czekałem, aż ukryci ludzie poddadzą się. I zdumiewałem się, że nikt nie wychodzi.

Przed oczyma stawały mi obrazy nieszczęść, wielkich głodów i dramatów, tragedii, jakie ludność zadaje ludności wojskiem.

A potem tym wojskiem zdobywałem i zajmowałem ziemię, a potem ją bezcześciłem, plugawiłem, zamieniałem w zgliszcza i gruzowiska, łupiłem, zagarniałem, rozgrabiałem, plądrowałem, ogałacałem, wypleniałem, ścierałem ziemię z ziemi, a potem wyrzucałem mieszkańców z ich wsi i miast, i niewoliłem, pędziłem, gnałem gwałtem przed sobą gromady mieszkańców wysiedlanych, puszczałem z dymem siedliska, zapasy i zasoby, niszczyłem, wydawałem na płomień, rujnowałem i pustoszyłem, wypędzałem i zapędzałem ludność, samotną jak ludność, i pilnowałem, przeczesywałem wszystkie domy i miejsca, szukałem i wyłapywałem zbiegów, nie pozwalałem nikomu wytchnąć, popędzałem, nagliłem, groziłem, szczułem, popychałem, batożyłem ciosami kijów, płazowałem, rąbałem, raziłem, siekałem, biłem batogami, zadawałem udręki, męczarnie i śmiertelne rany, ciskałem na ziemię, wydzierałem nozdrza i uszy, poniektórym odrąbywałem głowy i zatykałem je na żerdziach, uprowadzany lud pędziłem i wielu wybijałem, karałem na gardle, porywałem i uwoziłem dziewczynki i chłopców wydarte z objęć rodzicom, zabijałem.

Czerwieniłem się wszystkimi kamieniami po drodze.

Kijami łamałem się i pękałem.

A potem tymi dziewczynkami, chłopcami i rodzicami ładowałem zwierzęta juczne dobytkiem i szedłem (żołnierzami wiedziałem, dokąd), płakałem, szlochałem, trwożyłem się, jęczałem, porzucałem słabych i chorych krewnych (którymi to słabymi, bezsilnymi i chorymi potem konałem), obalałem się na ziemię, przeprawiałem się przez rzeki, aż w końcu przybywałem i samotnymi jak ludność między ludnością osiedlałem się, urządzałem, a potem dawałem się nimi uciskać przez poborców podatków, biedniałem, ubożałem, przejadałem wszystkie zapasy, nędzniałem, chudłem, słabłem, żebrałem, prosiłem, błagałem, rozpaczałem, żaliłem się, płakałem gorzkimi łzami, pożyczałem, marnotrawiłem, nie spłacałem, szlochałem, oddawałem syny i córki, bałem się wtrąceń (więzieniami czułem gdzie), przymuszałem się, kombinowałem, słuchałem namów, poddawałem się i w końcu zacząłem udawać.

Udawałem więc gwałtowników i grabieżców i nimi dziesiątkowałem, wytrzebiałem, zgładzałem i wytępiałem pewną ludność, samotną jak ludność, przez mordy i branie w niewolę, a to znaczy, że pustoszyłem, łupiłem, rozszarpywałem mienie, rabowałem, siałem postrach, zarąbywałem, wytracałem, męczyłem, srożyłem męki, wydawałem na śmierć, aż rozsiekałem wszystkich mężów i starców, wziąłem w niewolę ich żony i dzieci.

Potem tymi żonami zacząłem się starzeć, a dziećmi rosnąć. Służyłem, pracowałem, osadzałem się, rdzenniłem i rozmnażałem. Gdy urosłem dziećmi podzieliłem się na dwie części, i jedną częścią z nich, wynarodowioną, spędziłem jakąś ludność, samotną jak ludność, a to znaczy zgromadziłem mężczyzn, kobiety, starców i dzieci w jakimś wąwozie między urwiskami i wyciąłem ich w pień (a potem zacząłem się tymi mężczyznami, kobietami, starcami i dziećmi wydostawać i uciekać, zbiegać w góry, lasy i pustynie, kryć się, chronić, umacniać i zbroić w górskich niedostępach, jaskiniach i szczelinach skał), a drugą częścią z dzieci, wyrosłą na młodzież, zacząłem się buntować, podburzać, oddzielać i zaciągać do band, w jakie wcześniej zbijałem się resztkami innej ludności, samotnej jak ludność, którą opuszczałem domy, przerażałem się, panikowałem, zgrzytałem zębami, nie widziałem znikąd pomocy, rozbiegałem się, nie dawałem się wyłapywać, błąkałem i uchodziłem półcało, gdy jakimś garnizonem wojska spędzałem ludność do przesiedleń. Pochodniami zapłonąłem się u tych band i już dalej tymi bandami wdzierałem się i wtargiwałem, podpalałem zabudowania, zrywałem i obalałem dachy, rozbijałem mury, rozkopywałem podłogi, szukałem schowków, chwytałem mieszkańców, wiązałem pęta, wieszałem za nogi, ręce i narządy rodne, ucinałem uszy, przebijałem strzałą nosy, katowałem, pastwiłem, dręczyłem głodem i pragnieniem, biłem łańcuchami, pałkami i drągami, torturowałem, przypiekałem żelastwem.

I paznokciami tych mieszkańców odpadałem z palców.

A potem tymi mieszkańcami bolałem, krwawiłem, krzyczałem, wydzierałem się, nie znosiłem więcej bólu, pokazywałem skrytki, wznosiłem skargi, głośno lamentowałem, narzekałem i biadoliłem, goiłem się z ran, dobrzałem, zdrowiałem, pozostawałem przy życiu, przejadałem wszystkie zapasy i cały prowiant, coraz trudniej zdobywałem pokarm, głodowałem, chudłem, marniałem, potajemnie wykopywałem loszki, zwabiałem podstępem obcych, zabijałem ich i po troszku zjadałem, gotowałem w kotłach ludzkie ręce, nogi i kawałki ciał, gromadziłem się w żebraków i strasznie bałem się wilków padlino i ludożernych.

Wilkami podchodziłem pod domostwa, zjadałem zwłoki, porywałem dzieci, rzucałem się na osłabionych i zacząłem powracać do lasów i gór, między drzewa. Konarami tych drzew zacząłem się potem przebijać w ciała zrzucane albo rzucające się w przepaść, wyprzedzając nimi w zabijaniu trawę, grunt i ziemię. Miejscem dalej stawiałem opór.

Persami więc zdobyłem ziemię armeńska i nią zawładnąłem, potem walczyłem Persami z Turkami, i potem tymi walkami ustawałem. Mijałem latami, setkami lat, i znowy walczyłem, tym razem nazistowskimi Niemcami ze Światem, a wtedy byłem czołgiem, rakietami, bombami, obozami koncentracyjnymi.

Aż zapanowały miłość i pokój.

Miłością i pokojem rozwijałem się w wiedzę, gust i smak. Potem miłością i pokojem zacząłem we wszystko wątpić (bo może wcale nie było wojen?) i zacząłem wszystko relatywizować, już nie przywiązywałem żadnej wagi do żadnych słów, stereotypów i rozpowszechnień, i na każde zapewnienie "jak było i jak jest" miałem już zawsze inne - że było i jest zupełnie inaczej, i wyszukiwałem błędy, nieścisłości, konteksty i znaczenia, bo przecież jest kłamstwo, zmyślenie, fałsz, przeinaczenie, retoryka, perswazja i spisek, i gra, tylko gra. Miłością i pokojem dowiedziałem się, co to jest nagromadzenie, epatowanie i jak się nami ludźmi manipuluje środkami wyrazu, reklamą, elitami i władzą. Miłością i pokojem zaczynałem więc wszystko przedefiniowywać, wszystko definiować na nowo i w nic nie wierzyć, w żadne słowo. Bo miłością i pokojem wszystko zrobiło się tylko tekstem, przygodą, a każde słowo tylko cudzysłowem i kolejnym pyłkiem w spójnym braku idei. Miłością i pokojem wojny i nieszczęścia zainstalowały do mnie tylko dostęp zdalny, więc grałem nimi i się nimi bawiłem.

W końcu miłością i pokojem napisałem ci ten tekst, czytelniku. Tekst jak tekst, jak tysiące innych, więc jak zechcesz, to klikniesz w lubię to, a jak nie to nie. Mnie jednak przytłoczył ten cały nagromadzony tu nawał męczeństwa, dramatyzm, tragizm i koszmar, po drugie tak się dziś nie pisze powiedział mi specjalista od creating writing, więc teraz mykam luknąć jakieś wyprzedaże w Silesii.

..........

* tekst oparty został na "Księdze dziejów. Kronice ormiańskiej" Arakela z Tebryzu, starego mnicha, który coraz gorzej widząc i ciężko chorując, napisał ją w klasztornych murach w l. 1651-1662

Komentarze (17)

  • "batożyłem ciosami kijów," - ????? Autora nielicho poniosło.

    (to uwaga nie będąca wynikiem wnikliwej lektury, a jeno przypadkowego rzutu oka na tekst, który do wnikliwości tym fragmentem nie skłania, przeciwnie.)

  • Mam wyjebane na czyjąś wnikliwość lub niewlikliwość, chęć i niechęć. Ale coś tam jeszcze poprawię jak mi się będzie chciało.

  • Uff. Uspokojony tym uprzejmym zapewnieniem Autora dodam jedynie, że z takim - pardonnez le mot - wyjebaniem, to chyba niełatwo :))

  • Czasy wojny są dla "treści", czasy pokoju dla "formy". Taki przeplataniec każdemu z nas daje szanse.

  • O kimkolwiek by nie napisał Romek, zawsze pisze o sobie. To uwaga po pierwszym akapicie. Czytam dalej. Może odwołam.

  • Działa straszliwie. Na mnie działa.

    Ryzykujesz, że część czytelników odpadnie zaraz na wstępie, no bo zamiast zacząć łagodnie jak bajarz, rzucasz im już w pierwszym zdaniu na pożarcie martyrologię Ormian, a kogo w końcu obchodzą tak naprawdę Ormianie poza Ormianami, zresztą czy w literaturze ormiańskiej przebiłoby się dzieło o martyrologii Polaków? Wątpię. Ci, co lubią mięso, może zostaną ale za chwilę mogą mieć tego mięsa da dużo.
    Taak, tak "się nie pisze". Pisze się pisarzem rozsądnym, który zna umiar, o solidnych, klasycznych, najlepiej "wystudiowanych" podstawach, czarującym, z lekką słabością, nieszkodlwiym ciągiem do excentryzmu, znającym jednak swoje granice i miejsce w akcji.

    Łamiąc wszelkie zasady i pisząc dymem i batogiem, żołnierzami i niemowlętami a nawet poborcą podatkowym. bąblami na skórze i starzeniem się żon, odciętymi członkami, drzewami, oblepionymi trupami, kolorem kamieni przydrożnych i całym tym strachem, strachem, strachem, stajesz się nim i narażasz się na przeklęcie i wygnanie, a w najlepszym razie na zamknięcie niezachęconych oczu, niewidzenie, patrzenie przez, na bycie przeźroczystym, jak tyle innych strachów, wypędzeń, egzekucji, wysadzeń się w powietrze, ciągle, codziennie dziejących się na oczach świata w czasach wojny o pokój i pokoju nie dla każdego.

    Przekroczyłeś swoje kompetencje samobójczo. Tym cenniejsza jest dla mnie ta forma, snującego się dymem heretyka literatury.

    Ormianka we mnie (tak, mam 1/8 krwi Ormiańskiej, moi przodkowie uciekli do Polski w wyniku tureckich prześladowań) i matka dzieci, mających 1/16 krwi ormiańskiej i drobną część tureckiej (ich przodkowie uciekli do Europy również w wyniku prześladowań, tylko z innej strony) cieszy się szczególnie z przedostatniego akapitu. Mam pełną świadomość od zawsze, że pokój, wiedza, gust i smak są niezmiernie nietrwałe, i tylko wolimy na codzień tego nie wiedzieć, jak dzieci, które się bawią i nie pozwalają sobie psuć zabawy, o jak tu, w tym cudownym, kluczowym zdaniu:

    "Miłością i pokojem wojny i nieszczęścia zainstalowały do mnie tylko dostęp zdalny, więc grałem nimi i się nimi bawiłem."

  • Dalej już nie o sobie. Dalej jest epos. Niezwykły.

  • Wielki

  • Chapeau bas Romanie...

  • Małgo, zdaje się ten początek nieco zmienię, przerobię, ja w każdym razie też mam tu wątpliwości a propos wprowadzenia (że z góry mówię o czym będzie), więc przyjmijmy że ten początek jest... jeszcze do korekty. W końcu nikt nie jest idealny.
    Zwłaszcza na wojnie :)

  • Zmienię też ostatni akapit, znaczy się w ostatecznej wersji usunę, bo w gruncie rzeczy nie zgadza się on z moimi uczuciami - ostatni akapit trywializuje, unieważnia, uniepoważnia. Tak więc tekst ten będzie się kończyć właśnie tym pięknym zdaniem:
    "Miłością i pokojem wojny i nieszczęścia zainstalowały do mnie tylko dostęp zdalny, więc grałem nimi i się nimi bawiłem."

    • Szel _
    • 06 grudnia 2012, 20:01:58

    tekst na miare skutecznosci podbojow...
    powiedzmy ze Aleksandra Wielkiego

  • To dobry pomysł. Szczególnie zakończenie powinno kończyć się na tym własnie zdaniu.
    Mogłoby się zaczynać skromnie: to opowieść o Ormianach.
    Jednak tekst nawet z tymi miejscami jest wybitny.

    Mam pytanie, pali mnie ciekawość, zazdrość i podziw bez granic: jak staje się gasnącym kagankiem w pieczrze, 500 Ormianami strzałą i paznokciami, że już tylko "miejscem stawia się opór"? (!! to ostatnie genialne) Nie samo współ-czucie, zapewne nie. Współ - czuciem czytają dzieci, a więc tylko dziecko mogłoby wpaść na ten pomysł. Tu mamy jednak więcej: mamy współodpowiedzialność pisarza. Jak wpadłeś na to, że tylko poddanie się zdarzeniu, bez umizgów i prób opanowania go, stopienie się z nim bez reszty, może oddać jego prawdę?
    To, co nie udaje się zakochanym, myślenie i czucie drugą osobą, udało Ci się stać ludnością, okropieństwem i nieludzkością do tego stopnia prawdziwie, że zmusza to, przykuwa czytelnika, chociaż od pierwszej chwili ma ochotę na ucieczkę.

  • chciałam napisać coś miłego, bo nareszcie mogłoby się tak zdarzyć, że spodoba mi się któryś pana tekst, w sensie dotknie i poruszy, żyłka mi może jakaś pęknie, od wędki, ale znowu nie tym razem

    wstęp jest dobry, oprócz robienia ze mnie idiotki, że za chwilę „przeczytam jedną z najbardziej krwawych, bestialskich, brutalnych, drastycznych, potwornych i nieludzkich opowieści”, (musi pan tak reklamować swoje teksty, nawet we własnym tekście i nie wierzyć, od razu i zaraz na wstępie, czytelnikowi? w czytelnika? a pan jakiś autorytet jest od bestialstwa i okrucieństwa, widział pan jakieś na własne oczy, przeżył pan?)jakbym się uchowała u pana boga za piecem, z panoramą firm do poczytania, pod kołdrą

    czytałam wiele wspomnień ludzi, którzy zetknęli się z bandami upa i ich zbrodniami, choć początek pana tekstu coś zapowiadał, to w większej części składa się on tylko z masówki, anonimowości i (gdzie ta opowieść?) wyliczanki (w tym rzeźniczym natłoku, nie doczytałam się, czy jest fragment, a potem obdarłem im ręce ze skóry, posoliłem i udławiłem, ich własnym językiem) w co się zamienia i do czego zdolny jest człowiek, kiedy na jego ziemi panuje chaos

  • -> michał anioł
    sorki, ale mam wyjebane na pani pytania, jak szuka pani rozmówcy to nie ten adres (ps. niech pani czyta uważnie, również komentarze, początek pójdzie do korekty, będzie inny), ja pani kawę na ławę nie wyłożę

    -> to tekst stary już, paroletni, wziął się z lektury "Kroniki" Arakela (właściwie mało kto ją zna), wstrząsnęły mnie opisy masowych zbrodni dokonanych przez Persów na Armeńczykach, ale z drugiej strony gdzie Armenia a gdzie Polska, gdzie 1650 rok a gdzie 2010, więc mogłem jedynie włączyć się w ten świat poprzez grę
    i tak właśnie sobie to wyobraziłem, jako grę, o której pisał kiedyś poeta Paweł Lekszycki

    cim city (Paweł Lekszycki, z tomiku "Wiersze przygodowe i dokumentalne", 2001)

    słońce przenika przez paski żaluzji. sufit
    jest moim niebem, gdy budując miasta,
    wchodzę we władanie mocy
    spuszczania pożarów i trzęsienia ziemi.
    tornado jest mi posłuszne.
    mieszczański motłoch jest mi posłuszny.
    za moim podszeptem zapalają się
    zarzewia buntu i zamieszki.
    za moim rozkazem bywają tłumione.
    w moich rękach są: szerzenie oświaty
    lub wzrost przestępczości. lata chude i tłuste.
    moim przywilejem jest zawyżać podatki.
    to ja sprowadzam na miasto i niszczę potwory.
    jestem źródłem rozrywki i pracy. mecenasem sztuki.
    to jest mój świat, więc nie mieszaj mi w głowie.
    nie rozmawiaj ze mną o motywie boga
    w poezji współczesnej. nigdy nie strasz mnie
    śmiercią. znam wszystkie kody na nieśmiertelność.
    enter

    I tak się własnie poczułem, graczem-demiurgiem, który może stać jednocześnie po obu stronach barykady. Graczem o nazwie Bóg, Czas i każdy bohater gry. Małgo, to zatem nie współczucie mną kierowało, ale duch i czas pokoju. Gdyby był czas wojny... napisałbym prawdziwiej.

  • [Komentarz skasowany]

  • kawałek wiki

    Pytanie retoryczne - figura stylistyczna i retoryczna; pytanie zadane nie dla uzyskania odpowiedzi, lecz w celu skłonienia odbiorcy do przemyśleń na określony temat, podkreślenia wagi problemu; ewentualnie pytanie, którego odpowiedź jest oczywista.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się