Tapczan Marii Antoniny (z cyklu "Compositae")

Autor: Roman Knap, Gatunek: Poezja, Dodano: 01 grudnia 2012, 20:52:52


Miałem u siebie w pokoju tapczan

i ten tapczan, to on był on usytuowany u zbiegu dwóch ścian: tej z oknem i tej, która dzieliła mnie od kuchni. I ten mój tapczan to w ogóle w swoim podłużnym profilu, w linii podobnej, a nawet identycznej do tej, która na rysunku Davida (* Jacques Louis David "Maria Antonina w drodze na gilotynę") zakreśliła heroiczny podbródek królowej Marii Antoniny wiezionej na szafot, w linii właśnie czyniącej mi ten tapczan, jak w owej chwili uczynił królową, dzielnym, bardzo dzielnym i samotnym, to on zdawał mi się oczekiwać na baśń, na odwiedziny dobrej wróżki i na zbawienie, to oczekiwane również przez Marię Antoninę, i podobnie jak w linii stworzonej wedle rysunku Davida, to podpatrując ten tapczan od zewnątrz, z naprzeciwległej strony pokoju, odkrywałem w nim ręce złożone do tyłu, zamknięte powieki, godność wyprostowania i dumę królowej Francji, jej posągowość i taką swoistą niezłomność, surowość w brzydocie (to jest w gruncie tą samą powściągliwość, z którą np. przez jakiś czas można odkładać rozstanie i ani razu nie zdradzić tego zamiaru), i patrzyłem wtedy na ten mój tapczan z takim samym przejęciem jak na rysunek starej i brzydkiej Marii Antoniny w tej jej ostatniej drodze pod gilotynę, w zaświaty, i robiło mi się jej żal, łzy stawały mi w oczach, aż pewnego dnia kiedy było mi smutno, że ona ma lada moment umrzeć, położyłem się na tym łóżku i nagle zrozumiałem, że tak samo jak tylko wystarczyło Marii Antoninie darować życie, tak mi wystarczyło tylko położyć się na łóżku, aby ów ponury profil natychmiast zniknął. I to było kojące. Dusza mi śpiewała, bo miałem wrażenie, że ta chwila, w której położyłem się na łóżku, wypuściła z Marii Antoniny to oczekiwanie na śmierć i ją zażegnała,
więc ona nie umrze, ach, nie umrze!

I oczywiście od tego dnia starałem się jak najmniej wstawać z łóżka, bojąc się, że jak wstanę Marię Antoninę to zabije, i było to dziwne, to np., że mój ojciec akurat zdobywa schody na raty tak, żeby nie wypaść z siatek, potem w domu robi obiad, a ja tymczasem sobie leżę i leżę na łóżku i ja to sobie wiecznie myślę, że w ten sposób nie skazuję Marii Antoniny na śmierć, ale w sumie przecież to wystarczy tylko sobie przypomnieć pewne nasze myśli, obrazujące na przykład osobę, którą kochamy (bo dopiero jak kochamy, to gromadzimy również materiał do zazdrości, która zapuszcza podejrzliwy wzrok wszędzie tam, skąd tylko dochodzi bodaj drgnięcie), z twarzą do poduszki, w splocie miłosnym z kimś innym, w splocie dzikim i barbarzyńskim, w uniesieniu, jakiego doznają zlizując się nawzajem, powstrzymując oddechy, rysując sobie to i owo palcem na brzuchu po ścieżce miłości, biorącej swój początek od pępka, i jak otwierają się na plecach, na kolanach, i jak biją się na poduszki, i jak potem ona go rozśmiesza pytając, kochanie jak jest po francusku wróbelek i zaraz odpowiada, bo on nie zgadł, że whóbelek, rulując r, słowem wyobraźmy sobie naszą ukochaną, a zdrajczynię, jak swojemu nowemu fagasowi powtarza wszystko to, cośmy sami jej dawniej mówili, żeby się uśmiechnęła i żeby nas pokochała, aby nie tylko przyszło nam zauważyć, że z dwojga myśli, pierwszej, że wyobraźnia posiada szczególny rodzaj woli, woli bezwzględnej, która nie dopuszcza porażki, i drugiej, że wyobraźnia jest tylko wypełnieniem woli i nie odbiera jej innym, to właśnie z powodu tej pierwszej myśli, pewnej siebie, kochamy, a z powodu drugiej, bezradnej, zazdrościmy, ale także aby zrozumieć, że wyobraźnia jest bardziej bolesna niż rzeczywistość i że to wyobraźnia boli, boli, boli, i np. przykłada zdradzie rozmiar rozkoszy i to nawet na przekór prawdzie, że już po wszystkim oboje kochankowie znowu się ubiorą i poczują chęć zjedzenia powiedzmy kromki chleba. Bo niestety, ach, niestety, ale nawet ta wiedza, że nie można całej rzeczywistości poświęcić na miłość, nie koi smutku zazdrośnika (a co dopiero inna, że istnieje uległość, zdrada, kurestwo, składane tylko na rzecz potrzeby, aby nie sprawiać złego wrażenia!). I to właśnie dlatego, że to wyobraźnia jest bolesna, a nie rzeczywistość, to wolałem nie wstawać z tapczanu, bo też jego widok od zewnątrz, wyobrażający mi jota w jotę Marię Antoninę, wiezioną na szafot, rozdzierał mi serce,
a do tego odczuwając litość, roniąc łzy i przeżywając cierpienie Marii Antoniny w tej jej ostatniej drodze, doznawałem też dotkliwego uczucia, że mu postronnie akompaniuję, bo oto patrząc na ten mój tapczan aż do złudzenia czułem się jednym z tych ludzi gapiów, którzy obstąpili Marię Antoninę, wiezioną na szafot, i obserwowałem przy tym, jaka ona jest teraz brzydka, strasznie brzydka, koścista i że jednak nie pobladła,
bo Maria Antonina nie pobladła!
To w końcu królowa!

Bo Maria Antonia nie pobladła. Nie pobladła i nigdy nie poblednie, jak nie poblednie kochanka, z którą rozmawiamy niekiedy, aby nie okazać po sobie, że się jest tylko seksualnym maniakiem, i wtedy pragniemy, aby nam raportowała wedle porządku wszystko to, co robiła, gdzie była i kogo spotkała od czasu, gdyśmy się z nią ostatnio widzieli, i wypytujemy ją o wszystko, o wszystko, o wszystko, filtrując nieufnie wiele jej zagadkowych odpowiedzi tak, że się co chwila zatrzymujemy nad ich modulowaniem, aby może wyeliminować z nich to, że już nas zdradza i przestała kochać, a właściwie to że na pewno już nas zdradza i na pewno przestała kochać, bo nieufność zazdrośnika nie tyle zabezpiecza go przed zagrożeniem, co go uprawdopodabnia. Pragniemy więc z pasją prokuratora wydobyć z kochanki bliższe i dalsze szczegóły z jej życia, żeby potem powołując się na już zdobyte informacje oskarżać ją o kłamstwo, tym bardziej że od kiedy nagle dopatrzymy się w niej skrytości i tego czynienia z czegokolwiek tajemnicy, to również rozbudzimy w sobie tę szczególną dociekliwość i pewność, że ona coś przed nami ukrywa, może nawet to, że pragnie rozstania! Nie zawsze jednak obraz zdrad kochanki tworzymy tylko na podstawie jej wypowiedzi, bo żeby nie dręczyło nas tylko zagadnienie szczerości jej słów i ich, pojawiających się tu i ówdzie nieścisłości (bo och, miłość pisze, ale zazdrość nanosi poprawki!), to czujemy jeszcze, a właściwie pragniemy czuć, że są pewne nieświadome zachowania o wiele bardziej wiarygodne niż słowa, i dopuszczamy myśl, że nikt nie zwierza się z czegoś, co w sobie zwalcza; Maria Antonina nie pobladła więc, ale i nie zwiesiła głowy,
(ale że pojęcie miłości, być może i dlatego, że męskość, owa staranność, aby jej podołać, nakazuje nam sobie dworować z miłości, na przykład mówiąc a propos księżnej de Cleves, że to nie gałka wieńczy laskę, lecz głowa?), ale że pojęcie miłości sprawia jednak wrażenie czegoś zmyślonego i wmówionego sobie, mogłem więc sobie czynić nadzieję, że ten sam współudział woli w stwarzaniu uczuć i wyobrażeń jest w stanie również je uśmierzyć, a że mojemu ojcu (bo wprawdzie jak położyłem się na łóżku, to ów tragiczny profil Marii Antoniny znikł z mojego pokoju, ale za to zaraz zjawił się w nim wkurwiony en face mojego ojca, bo ja to nigdy nie pamiętam najważniejszego i odstawić talerz do zlewu, to ja odstawię, ale już żeby go umyć, to mi to nie przyjdzie do głowy), a że więc mojemu ojcu wydawało się, że leżąc na tapczanie okopałem się specjalnie, żeby nic nie robić, i że chciałem nawet, żeby naprawdę było tak jak mi mówił, że ten mój tapczan jest tym, czym jest, czyli właśnie tapczanem Marii Antoniny jedynie z powodu mojego lenistwa, to czasem wstawałem z łóżka w postanowieniu, żeby wreszcie - jak to sobie wtedy mówiłem - zakończyć tę szopkę i popatrzeć na ten tapczan inaczej, że to tylko wyro, albo jakoś go zmienić, odczarować, porozrzucać na nim książki, gazety i ciuchy, zasłonić, przykryć (a nawet powiadać sobie, ileż ten tapczan jednak dla mnie znaczy, bo kiedyś pewnego człowieka uderzyło to, jak wiele trafnych słów użyła jego kochanka, by przekonać go o świadomości tego, ileż to on wniósł w jej życie, i jak się potem okazało, był to pierwszy znak tego, że chce od niego odejść, och, znak okrutny, bo w strategii, która oczywiście pochlebia, ale też czyni powód rozstania irracjonalnym, i później ten człowiek nic, tylko studiował zawartą w tym czynie sprzeczność - jak można odejść na zawsze, kochając?), ale nigdy mi się to nie udało, bo to nie jest prawdą - na przykład po rozstaniu z kochankiem jednej z dziewcząt do końca życia ślad namiętności świat organiczny zachował w fetyszu głaskania stóp bądź wewnętrznej strony ud, jeszcze inna nauczona we współżyciu z pierwszym kochankiem objaśniać mu swoją zazdrość złym humorem i przekorą, w drugim poszukuje tego właśnie uśmiechu, który żądna będzie gasić,
że to jest więc wyro i kojo, och, to ja to sobie mogłem mówić, bo by to było niby w owej rezygnacji, która nie przestawszy jeszcze kochać i tęsknić karze porzuconemu podejść do byłej ukochanej, spotkanej nagle na ulicy, i mówić siemanko cze i hejka w tej kolejnej z prób, która skończy się niepowodzeniem - w udawaniu, że się już przyjęło lekkość osoby, która nie kocha. Tymczasem wciąż się kocha!
Bo na początku jest pięknie, jest miłość, razem rozumiemy księżyc, aż pewnego dnia nagle przestajemy księżyc rozumieć.

Kochankowie zamiast baranków powinni przed snem liczyć, ile razy zadali sobie to samo pytanie "kochasz mnie jeszcze?" (bo miłość, to pewne, jest wciąż potwierdzaną hipotezą). W każdym bądź razie mojego ojca to już też męczyło tak ciągle mnie pytać, kiedy to się skończy, to moje nie wstawanie, jak długo jeszcze, na jakim ja świecie żyję, i kiedy się w końcu wezmę do jakieś konkretnej roboty i łaskawie wstanę, bo tu nie ma nad czym wydziwiać, bo zresztą dla mojego ojca to leżeć w biały dzień na łóżku to jakby na chlebie z masłem położyć skarpetkę, słowem do chuja niepodobne, a już leżeć tak cały dzień to już w ogóle; i mnie to już też dręczyło być tak wciąż pytanym o jedno i to samo -
czy ja rzeczywiście nie potrzebuję się wybiegać?
albo rozprostować kości?
wyjść na dwór?
- więc zabroniłem mojemu ojcu wchodzić tu do mojego pokoju, bo on głupi mieszczuch sobie żyje, je, pije, pracuje, robi zakupy i ciągle mi tu wchodzi i patrzy na ten mój tapczan, przystawiony do ściany i bez ustanku rozesłany, ot, nawiasem przy tym mordując Marię Antoninę!
Więc precz głupi mieszczuchu, precz mi stąd!

Ale mój ojciec się jednak uwziął i nadal mi wchodził tu do pokoju żądając, żebym zaraz wstał, bo on już nie może na to patrzeć, że wszystko tu u mnie takie rozmamłane i rozchełstane, i właśnie zarządził gruntowne porządki, pranie pościeli i trzepanie koców; sam zaś powinienem zająć się sprawami, które by mi nie pozwoliły tak leżeć, powinienem wstać, od czego mi przecież korona z głowy nie spadnie, i na przykład przewietrzyć pokój, albo odnieść z łóżka, z tego barłogu, i powyrzucać te wszystkie pudełka, w których deponuję jak jakie błystki - zdjęcia i kosmyki włosów; skrzyneczki może i puste, ale z pozytywką - kolorem, zapachem; i oczywiście te wszystkie szpargały, dupsy, książki, z których wycinam zdania w serduszka, i te wszystkie już wycięte serduszka z jakimiś tam maksymami o miłości, które przecież nie dadzą mi jeść.
Och, gdybym chociaż do tego, co jest w tych wszystkich książkach, miał inne foremki!
to by pewnie nie było tak jak teraz, że nie mam ani jednej poszewki dekoracyjnej, skomponowanej z tkanin w kilku żywych kolorach, z kretonu, z sutaszu albo z lamówki, tylko tę jedną kremową pościel z bladoniebieskim paskiem, przebiegającym na przełaj kołdry, z łatwo brudzącego się materiału - miłości,
gdy o miłości!
miłości!
miłości! - wywoływałem ją jak ducha, bo tak ściśle łączy się z nią dar znikania,
och, ale miłość to forma, której się tylko wydaje, że uciekła przed moim ojcem, bo oczywiście ja to nie wylewam fusów z kawy do kibla porządnie, ja tylko cyknę! (bo jak nie statki, to Indianie, a jak znowu nie Indianie, to niby tapczan, a syf jak jest tak jest, bo oczywiście mój ojciec to ostatnio widział u mnie w pokoju taki burdel wczoraj, jak jeszcze był bez baroku),
i mój ojciec już to jakoś przetrzyma, że jak wstanę, to wzbiję z pościeli i z koca tuman kurzu, tylko niech nie leżę, niech wstanę i niech się już z tą moją jakąś tam Marią Antoniną nie cackam, i niech już mu nie pierdolę, że ja to się nie mogę oderwać od łóżka, bo jak wstaję, to mi się ona, Maria Antonina, dostaje do oczu, a wtedy nic, tylko mi się aż serce kraje; bo to jest tylko takie moje fiu bździu, że ona mnie nawiedza w postaci tapczanu, a tu proszę, obok łóżka na podłodze poniewierają się brudne talerze, no i jeszcze ta szklanka ze skisłym kompotem i to od tego wszędzie te muszki owocówki; i niech się już tak na tym lewym łokciu wiecznie nie podpieram i niech już mu w końcu przestanę wygadywać ciulstwa, że stukot talerzy w istocie budzi mój zachwyt, ale dopiero pod nazwą - nie zając,
albo, że mój weekend kończy się w czwartek, bo ja to może na pewno bym chciał, żeby tak było, ale to jest przecież nie życiowe,
bo to moje leżenie to jest grzanie pizdy, a nie jakaś tam ekspiacja,
a ta cała moja niby Francja elegancja, to ona jest mu potrzebna jak na chuju trypel,
i niech nie pyskuję, niech sobie nie myślę, że nie ma odpowiedzi na niewyparzony ryj, bo nawet jeśli żyjemy już na takim świecie, w którym chwila jest już tylko po to, aby coś w niej zabrzmiało przekonująco, to i na to jest odpowiedź; zresztą, jak jeszcze raz mojemu ojcu będzie chuj do tego, że ja sobie tutaj tak leżę i leżę, to jasność mojego pokoju będzie już pochodzić wyłącznie ze świateł odbitych i już wyblakłych w drodze od pozostałych rozwidnionych naw tego domu, i z okna,
ale mogłem też być pewien, że ten cały hałas i te jego pokrzykiwania na mnie skończą się, jak tylko wstanę,
że więc wciąż jednak mój ojciec wchodził tu do mojego pokoju, to już to po mnie spływało - szumów i rodziców się nie odczytuje; co innego zdradę!


Zdrada (ów sok płynący z przecięcia się dróg, z zawadzenia nagle o zajęte krzesło, z och, przepraszam - przypadkowego nadepnięcia, bo nieświadomie jeszcze, ale już przewidujemy, że człowiek, który niebawem naszej ukochanej rozstawi nogi i zegnie kolana i tułów, najpierw ją potrąci i zaraz potem ją przeprosi, dając sobie i jej pretekst spojrzenia sobie w oczy), zdrada i spojrzenie (bo my nie wiadomo skąd, ale wiemy, że ukochana zdradzi nas z kimś, kto zakochać się zostawia sobie na później i najpierw pożąda), a zwłaszcza owa gotowość do zdrady, tak szczęśliwa, jeśli ktoś obcy ujrzy ją w odbiciu, w idealnie czystej szybie; zdrada, szampany lejące się strumieniami, iluminacje, bogactwo i nasza pewność, że jeśli ktoś nas pokochał, zawdzięczając nam upojną noc, to zdradzi znajdując upojniejszą; podszepty bioder; błysk oczu; przecięcia dróg; lustra, szyby, zajęte krzesła; buty - zazdrośnikom wydaje się, że tego wszystkiego jest od zajebania; ja więc podobnie nie tyle tkwiłem w łóżku, co tkwiłem w nim wiecznie i tkwiąc wiecznie w łóżku, zszarpałem mojemu ojcu nerwy; chociaż ja bym tego jednak nie nazwał wiecznym tkwieniem w łóżku, bo nazwa jest źródłem zwątpienia, dopóki można coś nazwać inaczej; zresztą przypomnijmy sobie, jak pewne nasze zapędy w nazywaniu miłości miłością musiały jednak zatrzymać się w pół drogi z chwilą, kiedy nie umieliśmy rozpoznać miłości wyłącznie za pomocą spojrzenia, dotyku, bicia serca, wiedząc może o istnieniu uczuć konstrukcyjnie zbliżonych, ale noszących inne nazwy - zauroczenie, pożądanie, flirt, miłostka,
bo na przykład czyż jest miłością coś, co trwa dłużej niż smakuje?
bo czyż nie jest miłością coś, co w końcu można i tak odwołać, opierając się na tym, że życie jest krótkie?
bo czyż jest miłością, kiedy przypominając sobie X*, czytamy od tyłu?


Z tej głębi poduszki, która już swój czuły charakter straciła dawno temu i schudła ubiwszy puch w twardy skurczony mięsień, zmieniwszy się z obłoku w deskę, otóż z tego leżenia to rzeczywiście zrobił się ze mnie flejtuch, wiecznie więc czułem na skórze twardość już czerstwych okruszyn chleba, ale ani razu nie zmieniłem pościeli, ani razu! bo bałem się, że rozciągając prześcieradło, nagle Maria Antonina, uobecniając się, poda mi swoje dwie smutne żrenice i cofnie się, trzymając dwie pozostałe, już martwe, w otchłań, na zatracenie, na zawsze, na zamknięcie powiek, a przecież nie pragnąłem niczego innego, jak ją ocalić, choćby i dlatego, że niezaprzeczalnie Maria Antonina nigdy by nie przydała komuś właściwości spaczonego gustu, nawet gdyby ten gust nakazywał mu nazywać po swojemu i pieszczotliwie to, co większość nazywa kapskiem, ani też tym bardziej nigdy nie składałem tapczanu, bojąc się, że składając go, to bym tylko zrzutował jej habsburski krój dolnej wargi, ten, który jeśli w istocie tylko odrobina litości wystarczy, żeby zabijając wywołać krzyk, to na pewno naszkicowany ręką Davida, pochodzi z odrobiny litości; bo tej dolnej wargi nie dała rady wgnieść nawet zbliżająca się śmierć i koniec ancien regime’u, a początek drobnokurestwa, w którym wprawdzie ludzie jeszcze kochają, ale też zakochani do szaleństwa, najmniej go czynią.

Komentarze (28)

  • Ależ to jest nieustająco piękne!
    Czytałam "Tapczan Marii Antoniny" po raz pierwszy chyba w 2008, po Twoim zbanowaniu z Nieszuflady, kiedy po autorze Roman Knap zostały uwięzione (ale na moje szczęście!) tylko te teksty. 5 lat to dużo, człowiek się zmienia, nie zachwyca się byle czym, lubi co innego, myśli inaczej. Czytam dziś z tą samą przyjemnością.

    To: ! "i jak potem ona go rozśmiesza pytając, kochanie jak jest po francusku wróbelek i zaraz odpowiada, bo on nie zgadł, że whóbelek, rulując r, słowem wyobraźmy sobie naszą ukochaną, a zdrajczynię, jak swojemu nowemu fagasowi powtarza wszystko to, cośmy sami jej dawniej mówili, żeby się uśmiechnęła i żeby nas pokochała, aby nie tylko przyszło nam zauważyć, że z dwojga myśli, pierwszej, że wyobraźnia posiada szczególny rodzaj woli, woli bezwzględnej, która nie dopuszcza porażki, i drugiej, że wyobraźnia jest tylko wypełnieniem woli i nie odbiera jej innym, to właśnie z powodu tej pierwszej myśli, pewnej siebie, kochamy, a z drugiej, bezradnej, zazdrościmy,"

    i "bo och, miłość pisze, ale zazdrość nanosi poprawki!".

    I w ogóle. Uwielbiam pisanie o miłości, niestety, przeważnie jest powtarzaniem po innych, wzorowane na listach, romansach, klasykach, sztapowe, wręcz szkolne. Przegłówkowane, zdeterminowane tym, że trzeba je jakoś zakończyć (jakby miłość nie miala nic innego do roboty, niż tylko myśleć, jak się skończy), nie mówiąc już o tym, że przeważnie nawet się na dobre nie zacznie.
    Większość pisarzy, chociaż o śmierci, żadzy, strachu, instynktach potrafi pisać myśli własne, oryginalne, to ma się wrażenie, że miłość w ich książkach, a więc ich miłość, jest najbardziej nudną, sztampową i skazaną na porażkę, na śmierć, bo jeżeli miłość ma odrobinę poczucia humoru, czego właściwie jestem pewna, to po prostu umrze z nudów :)

  • Co za cudna puenta. Albo zmieniłeś, albo ja wtedy nie wszystko odkryłam. Ale podejrzewam, że zmieniłeś, bo "czas drobnokurestwa"tak naprawdę zaczął się na dobre już po powstaniu "Compositae". I może dlatego jest ona taka nieskażona :)

  • nie lubię zostawiać komentarzy w stylu - "dobry tekst" - ale tutaj brakuje mi słów i mam to gdzieś. Mam doś zadawania tych samych pytań :)

  • dość*

  • Ja też Małgo, miałbym ochotę rozpisać się o tym poemacie (bo to poemat), i zgadza się towarzyszy mi on już wiele lat, i choć w ciągu tylu lat wiele się zmieniło, to jednak nic w tym tekście nie zmieniłem! Zachował się jako czysty, nieskazitelny nieskazitelnością uczuć. W ogóle zacząłem pisać "Compositae" od tego tekstu, od miłości, czyli od końca, bo zdaje się tekst ten widziałbym najchętniej gdzieś na końcu.
    A zacząłem pisać właśnie od miłości, bo nie miałem nic innego do roboty niż tylko myśleć, jak się zacznie :)))
    Cykl "Compositae", bo jednak pofragmentuję to na cykl, będzie również składał się z "Jaskółki". "Jaskółce" jest zresztą bardzo blisko do tej części cyklu, do tapczanu.

  • Kawał dobrej, porządnej literatury.Piaf!

  • Dzięki Jarku i Grzegorz :)

    ps. Małgo, ja bardzo często wracam do tego tekstu, wiedziony jakimś magnetyzmem, a także dlatego, że wciąż pamiętam Twoją prośbę - "Mam prośbę: na wszelki wypadek, jak będziesz pisać kolejną "jaskółkę", rób to na stojąco, u zbiegu ściany od kuchni i ściany z oknem. Zerkając na miejsce, gdzie kiedyś rysował się pewien profil."
    Wiem, to idealizm, że z mojej ręki kiedyś wyjdzie coś podobnego, coś tak szlachetnego, ale nie zapomniałem Twojej prośby, o nie :)

  • I koniecznie przywróć ten fragment o matce. Już był ale uważam, że wszystkie teksty powinny być w jednym miejscu,

    Jeszcze do "Tapczana".
    Pewnie, że można o nim mówić godzinami. Każde zdanie odkrywa ścieżki, na których można się - już samemu, ze swoją włąsną miłością - plątać i plątać. Ale przede wszystkim jest ta proza w pewien cudowny sposób czysta, w sposób, jaki mają tylko dzieci, gdy odkrywają własnie coś dla siebie, coś zupełnie nowego, bo dzieci przyjmując świat robią to wprost, chłonąc, pytając i kwestionując, dopóki nie zamienią się w małpki, żeby łatwiej poruszać się w Zoo. :)

  • Urzeczony.... Dawanie okienek byłoby tutaj... faux-pas! Czytam jeszcze raz i niech to wystarcza za okienka, recenzje i ... podobne...

  • Kochankowie zamiast baranków powinni przed snem liczyć, ile razy zadali sobie to samo pytanie "kochasz mnie jeszcze?"



    "Kochankowie zamiast baranków powinni przed snem liczyć, ile razy zadali sobie to samo pytanie "kochasz mnie jeszcze?"


    zrównanie liczenia baranów, z tajemnicą, z największą łaską, która może spotkać człowieka, jest co najmniej karkołomnie, a jeśli pojawia się pytanie, to znaczy, że jest wątpliwość, to pytanie jest bardzo głupie, tylko podobno, wszytskie są mądre, nigdy nie ośmieliłabym się go zadać osobie, którą kocham i nigdy nie chciałabym usłyszeć na nie odpowiedzi, jeśli miałabym obrócić się w kręgu takiego pytania, to wolę policzyć, na siebie

  • Arek, fenks :)

    -> michał anioł, coś w tym racji masz, bo właściwie unika się zadawania ukochanej/emu pytanie "czy mnie jeszcze kochasz?", rzecz w tym, że to zdanie jest dwuznaczne, nie ma tam "nawzajem", drobiazg, ale umyka, rownie więc dobrze to pytanie zadaje się samemu sobie.
    Ale miłe, za uważność czytania :)

    Małgo, haha, racja, jak dziecko, tak właśnie pisałem bo ileż tu dziecinnego (ale dojrzałego) szaleństwa! :)
    Fragment o matce jednak ulegnie demontażu. Ale będzie, w innej, wierzę, że w czystej szlachetnej formie

  • Nie przypominam sobie, żeby był źle "zmonotwany". Mam nadzieję, że nie znikną z niego te wszystkie przedziwne untensylia, które też należą (należały) do miłości, trudnej jak pincetka miłości ojca, zbudowanej "od tyłu" :)

  • nie unika, tylko nie zadaje, ukochanej nie stawia się pod ścianą, siebie też nie, tym bardziej z ukochaną i nie ma żadnego znaczenia, czy odbiorcą tego pytania, jest ukochana, czy je się zadaje samemu sobie

  • -> Michał anioł
    "Miłość to wciąż potwierdzana hipoteza". Nie wiem, jakie były Twoje doświadczenia z miłością, ale moje były pełne niepewności :)

  • żeby doświadczyć miłości, trzeba w nią najpierw uwierzyć, wyjść, poza, niepotwierdzone hipotezy, dlatego nie przekonuje mnie twój tekst, tym bardziej, komentarz

  • miłość istnieje, bez względu na doświadczenia, moje też są, były marne

  • Pani Michał, można je zadawać na przeróźne sposoby. Np. w wielkiej kłótni o straszne głupoty, i wtedy takie pytanie poprzez swoją niestosownośc staje się absurdalne, tak absurdalne, że doprowadza do wewnętrznego z początku smiechu, który jednak po chwili, z pewnym ociąganiem, ale wybucha.
    Albo zadaje się takie pytanie, żeby celowo pokazać słabość, bo żebyśmy nie wiem, jak starali się uniknąć gry, i jak najuczciwiej w nią grali, to miłość jest grą, jest relacją, przynoszącą niewątpliwe profity, choć nieraz straty. Więc ta gra wymaga tez równego, lub przynajmniej ustalonego i akceptowanego przez obie strony rozkladu sił, i o to, najlepiej o te równośc, powinny dbać obie strony, nie tylko dla siebie ale i dla partnera. I zdarza sie, że czasami partner jest osłabiony, czymś albo sobą samym, nawet, jeśli udaje, że jest własnie bardzo duzy i zły, to przeciez my, to jest ten drugi, kochający partner, wie, że w gruncie rzeczy jest on teraz mały, bardzo mały i slaby, i wtedy zadaje się takie pytanie, aby odslonić szyję, odsłonić własną słabośc, wyrównać szanse. Takie pytanie można zadać budząc się z koszmarnego snu i trafiając na uspioną rękę, której nie było w tym śnie, i to jest prawie zdrada, więc po dziecinnemu, bo chwilę po obudzeniu jestesmy wszyscy dziecmi, zadaje się takie pytanie. Można je powtarzać trochę na złośc, bo partner tego nie lubi, ale nie atk całkiem nie lubi, bo mu to w grunce rzeczy odrobinę pochlebia, więc zadaje się takie pytanie, żeby mu zrobić tę głupią, zgoda, perwersyjną nieprzyjemną przyjemność. Och, jest tyle sytuacji, cudownych, smiesznych czy trochę niepokojącychych, w których można a nawet należy, zadać to pytanie :)
    I jest tylko jedna sytuacja, w której zadać go nie wolno: kiedy nie jest się pewnym odpowiedzi. I wtedy lepiej nie zadawać też sobie tego pytania albo od razu odejść.

  • Nie jest to tekst o przekonywaniu kogoś do racji, wręcz jest na odwrót, w tym tekście racji wcale być nie musi, wystarczy że jest miłość :)

  • Dlaczego podmiot opisując swoje i tylko swoje czucia używa liczby mnogiej?

    • . .
    • 02 grudnia 2012, 08:35:54

    W drugiej części trzeciego akapitu chyba jest nadmierna i nieuzasadniona zaimkoza.

    Poza tym tekst czyta się dobrze. Jest w nim nuta takiego maniactwa, które znam z prozy Gombrowicza. Ciekawe, ciekawe.

  • ech, Romanie, cudnie; zostałam ostatecznie rozłamana ze światem (znaczy, z ojcem;) twoim tekstem, i ..i w sumie dobrze mi z tym, choć boleśnie. "miłość, którą można odwołać, opierając się na tym, że życie jest krótkie" to miłość, którą zabija się lękiem - przed ojcem, przed złożeniem tapczanu, przed zdradą, przed osądem, wyrzutem, rozczarowaniem.
    piękny, przenikliwy tekst, w każdym razie, pozdrawiam, monsieur Romain;)

  • Alx, Elm - dzięki za wizytę :)

    madam Edi :))) tak życie jest krótkie i na tym bazuje cały świat naszych uczyć, wrażeń i wzruszeń, cały świat, o którym wiemy, że odwoła go jedna chwila, więc "to - jak piszesz wnikliwie - miłość, którą zabija się lękiem"; to stary tekst, sprzed lat, więc sam go do końca nie rozumiem, nie "badam" już jego logiki, wewnętrznej struktury, nie badam "słuszności" tej czy innej w nim wypowiedzi, tylko sobie śpiewam, po prostu śpiewam, bo życie jest krótkie :)

  • w sumie wymieniła pani, pani Małgorzato, aż tyle sytuacji, w których można zadać to pytanie, że to pytanie, (jeśli by się faktycznie zadało, w tych wszystkich, a może i jeszcze w innych sytuacjach, co przez lata, w których może trwać miłość, jest możliwe), oznacza tyle samo, co kupisz jutro kefir do młodych ziemniaczków?

    miłość słychać, widać i czuć, osobiście, poczułbym się osaczona, gdyby ktoś zamiast liczenia baranów, lub po wielkiej kłótni, itd, która jest w miłość wpisana pytał, czy go kocham, albo mówił, regularnie, że kocha mnie, i obawiam się, że w takim natłoku tej wysłowionej miłości, mogłabym w ogóle zapomnieć o ukochanym

  • "I jest tylko jedna sytuacja, w której zadać go nie wolno: kiedy nie jest się pewnym odpowiedzi. I wtedy lepiej nie zadawać też sobie tego pytania albo od razu odejść. "

    a to jest akurat, jedyna sytuacja, w której być może, zadałabym to pytanie, wcale nie świadczy o braku godności, zamiast którego natychmiast należy pakować manatek, tylko o tym, że trafił mi się ktoś, kto zrozumie wartość i koszt tego pytania

  • Pani M., wydaje mi się, że miłość zniosi wysłowienie całkiem dobrze, tak jak znosi katar, brak pieniędzy czy łóźko na 1,5 osoby. Bardzo szczęśliwa miłość znosi nawet brak lub nadmiar zapewnień. Mam wrażenie, że rozmawiamy tu o jakichś dwóch miłościach, z których ta, którą Pani ma na myśli, ma jakiś lekkie skłonności do tragizmu ;-)

    Co do sytuacji. Myślę, że gdy naprawdę takie wątpliwości powstają, gdy sytacja sformułuje się w takim pytaniu, to oznacza, że miłości już nie ma, nie ma między dwojgiem, nie ma tej, o której Pani przed chwilą pisała: "miłość słychać, widać i czuć". Ma Pani rację, że to pytanie byłoby kosztowne, miało wartość, którą partner powinien docenić, tylko po co je stawiać, skoro wszystko wiadome?

  • a ja myślę, że miłość, wysłowienie znosi też i nawet lepiej, niż odwołanie, wspólnoty majątkowej, bądź rozstania przez połowę roku przestępnego, na korzyść stanowiska meteorologa, pod błękitnym żaglem statku poławiającego śledzie, może i ze wszystkiego, co może być pomiędzy, ale nie meblościanką i starym neptunem, to właśnie wysłowienie, miłość, na dłuższej przestrzeni, znosi najlepiej,ale niekoniecznie pod dwoma tytułami, kocham cię, czy ty kochasz mnie (najlepiej z przejmującym jeszcze)

    nawiasem mówiąc, nie wiem, czemu mam lekkie skłonności do tragizmu i gdzie on się objawił, bo sądzę też, że miłość nie ma definicji, nie ma wzoru na miłość, w związku z tym, pani może pozostać przy swoim pojęciu, a ja, przy swoim niezrozumieniu

    co do tego przecudnego pytania, które miałoby paść w sytuacji ostatecznej, kiedy już wszystko wiadomo, ponoć, to było tylko moje abstrakcyjne przemyślenie, przymierzanie się i obłaskawianie tego pytania, my tu sobie możemy pogatać, ja o przenaiwnie uproszczonej miłości, którą widać, słychać i czuć, a pani o wszystkim wiadomym (chyba w sprawie kataru, że trwa 7 dni, prawdopodobnie) a miłość sobie pójdzie i tak swoją drogą i będzie miała nas w dupie, albo i nie

  • myślałam, że w miłości zawierają sie wszelkie komponenty i niepotrzebne jej prawdziwe dodatki, bo wobec tego, jaka jest miłość nieprawdziwa i czy można ja nazwać miłością

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się