Egzorcyzmy nad trollem Krzystofem Ostrym-O

Autor: Roman Knap, Gatunek: Poezja, Dodano: 04 grudnia 2012, 23:11:19

http://www.historiamoichniedoli.pl/?p=1475

Komentarze (36)

  • Ponieważ nie mam bloga i nie założę, więc póki co - z braku innego laku - traktuję liternet również jako swoje "portfolio" literackie, i dlatego wklejam tu link do swojego tekstu sprzed lat, który to tekst wciąż uznaję za swój manifest artystyczny.
    Przypominam o nim dlatego, że nie wszyscy go znają, to raz, a dwa, że może się wydawać, że milczę o nim i się go wstydzę. Wstydzić to ja się wstydzę swojego tekstu opublikowanego w "Kursywie" (2008), ale nie tego tekstu.
    Wiem, tekst został odrzucony, nawet przez Marka Trojanowskiego, z uwagi na swój osobliwy "język". Zarzucono mu fatalność konstrukcji, zbytnią wulgarność, zbytnią nadstylizację średniowieczną, wiem w gruncie że faktycznie, ten tekst wymaga korekty, wymaga drobnego retuszu warsztatowego, owszem, ale nie zmienia to w niczym, że jest on i pozostaje jednym z najbardziej dziwnych i osobliwych tekstów, jaki się pojawił w literaturze polskiej. Pełen paradoksów, niuansów językowych, fascynacji dekonstrukcją, jest on jednak mimo wszystko opowieścią, wielką alegorią komiczno-tragicznej sytuacji Sztuki i człowieka w świecie zbrutalizowanym.

  • Powiem jedno: guzik mnie to obchodzi. Ale jak kiedyś napiszesz coś naprawdę godnego pochwały, to się dowiem o tym, bo inni bedą chwalić. Wtedy może przeczytam, chociaż Cię już nie lubię.

  • Ojesu! W nocy? Białymi literkami na czarnym tle tyle tekstu o tej godzinie? Nie.

  • Rosa, nikt Cię do niczego nie zmusza, zwłaszcza ja, masz wolną wolę więc z niej korzystaj, a jakże, pozdro :)

    p. Wando, nie dziś to jutro, tekst nie zając :)

  • Tak, z własnej woli napisałam, że guzik mnie to obchodzi, a teraz z własnej woli dodam, że obawiam się, iż nie tylko mnie :)
    Pozdro:)

  • Za życia Marcela Prousta jego dzieło też nikogo nie obchodziło, więc miło mi być w tym gronie :)

  • Tiaaa.... ziew :)

  • Ależ Roso jest co chwalić. Daję na to słowo honoru.

  • Ależ Pani Wando, ma Pani prawo tak sądzić.

  • Nudzą się tylko ci, co sami są nudni. Jeszcze raz miło, że wpadłaś, zmówię za Ciebie jeden psalm :)

  • Każ mi spadać, jak ostatnim razem, a zresztą wszystko mi jedno, idę już. Z własnej woli zresztą.

  • Spadanie jest fajne, zapewniam, sam wiele razy go przeżyłem :)))

  • no to jeszcze jeden ziew na pożegnanie i życzę Ci, żebyś już jutro nareszcie obudził się geniuszem, a tymczasem niestety: "chciałaby dusza do raju, ale grzechy nie pozwalają"

  • Pomyliłaś się, wolę do piekła, tam jest markiz de Sade!

  • Markiz de Mara

  • ładne imię Ładneimię :)

  • de Sade to dziedziniec przy Mara, znasz Pana?,
    bo szukam

  • bywałeś w Salo?, Romanie Knapie?

  • zahandlujmy o ciebie i o ciało, zbieram... iii zabieram...

  • Hm. Zdawanie się?
    Literacko to "żadne", nawet zakładając, że autor wie i gdzieś zmierza, coś opisuje, ale dla mnie, dla czytelnika: w sumie dotyka jedynie wyplucia się, wyłożenia się, zdawania wyprowadzonego od "zdaje się, że prawdopodobnie mogło mi wydawać się, stąd sądzę, iż jednak jakoby miało miejsce". Powiedzmy, że to próba wyśnienia siebie w zaszłość słowną.

  • Romanie piekła nie ma, piekło to inni :)) (Jean Paul S.)Zdaje się że Markiz de Sade przebywa w Szeolu .Jak na "Manifest Artystyczny"-byłoby całkiem nieźle, jeno te paroksyzmy etc- i co dalej? Zrobalenie?

  • Jarku, jeszcze nie mam sprecyzowanego zdania, dlatego poprzedni wpis zaczynam od pytania.
    Czy paroksyzmy?
    Forma taka, wybór opisania przez postacie wstawione do pustelni, walka z Szatanem, jakiś amok z wypełnieniem zadania. Może dać taki efekt, takie odczucie.
    Ale autor nie dotyka samej fikcji, dotyka fikcji nieliterackiej, nie związanej ze sztuką, fikcji w stanie "jest", w czasie "jest Teraz", a potwierdzeniem tegoż Teraz Jest Fikcja są zaszłości, dialogi, rozmowy, wszystko, co ma miejsce w wirtualnym świecie. I nie można tego sprowadzić do parteru, do mówienie w fikcyjnym, w wirtualnym świecie wszystko jest i pozostanie fikcją, bo mogę sobie prowadzić nieistniejący sklep, firmę, bank. Autorowi nie chodzi o możliwości, jakie wirtualny świat stwarza także oszustom, a o takie istnienie wirtualnego świata, które staje się częścią realnego prosperowania ludzi. Istnienie wirtualnego świata to istnienie jeszcze jednego obszaru, z którego niezaprzeczalnie korzystają ludzie: pracując bywają w wirtualnym świecie na stronach banków, urzędów, pisząc listy w sprawie zawarcia umowy, zamieszczając reklamę własnej firmy, i bywają w czasie wolnym od pracy, gdy prezentują swoje prace, prowadzą rozmowy, odwiedzają galerie, kina, strony z muzyką.
    Oboje przeczytaliśmy tekst, który prawdziwie istnieje w fikcyjnym świecie. Nie mamy złudzenia, że myślimy o tekście, i to jest już fakt, to są realia związane z fikcyjnym światem. Fikcja przestała być jedynie czystą fikcją, wyobrażeniem, nie jawą, a snem, wizją, czymś nieistniejącym. Fikcja już Jest. Inny rodzaj fenomenu faktu. Nie ma śnienia, jest wyśnienie, dokonanie się.

  • Zraża język tekstu prezentowanego do czytania. Tu nie mam żadnych wątpliwości, wulgaryzmy natkane w tekst nie do oporu, a do obrzydzenia, maniacko, bezmyślnie wręcz, jak naiwny popis wulgarnym językiem, czy też wiara, że można napisać tak wulgarnie, że już żaden inny tekst takich wiązanek nie przybije. :(

  • To nie narrator jest wulgarny, tylko opętany bohater, Szatan, a narrator to kronikarz, zdaje relację tak jak było, bez owijania w bawełnę. Ano kontrowersyjna rzecz.

  • Strach pochwalić, bo podobno chwalenie tego wg. Ewy Bieńczyckiej genialnego tekstu może mieć na Ciebie fatalny wpływ. Podobno Cię nie rozumiem (mimo, iż doceniam) więc aby nie zniszczyć autora, jak Ono Yoko Beatlesów, czego obawia się zatroskana pani Ewa, a co za tym idzie nadziei na dalsze teksty genialne i osobliwe - tym razem nie pochwalę.

    Nie pochwalę również z czysto egoistycznych względów ale o tym sza. Szatan nie śpi :)

  • E tam, nie przejmuj się Małgo, wiesz jak to jest - niejedna kobieta chciała by być "femme fatale", lub muzą :)

  • No skoro nalegasz :)
    Dobrze, główną metaforę biorę bez marudzenia. Jest coś w tym, że brudzimy się tym wszystkim, z czym walczymy, i im zacieklej walczymy, tym bardziej przesiąkamy. Np. w okresach opętania walką z grafomanią czułam, jak grafomanieję wprost proporcjonalnie do ilości zwalczanych tekstów. Nie ma znaczenia, czy faktycznie uległam zarazie, ważne było niejasne poczucie utraty zdrowia. Ileż ja genialnych tekstów wydeletowałam, bo wydawało mi się, że skoro łatwo przyszło, to tkwi w nich robal, i te wszystkie śledztwa na niewinnych metaforach, zaglądanie każdej myśli pod podszewkę, czy aby się nie zaraziła. W panicznym strachu przed chorobą uśmiercałam nawet wierszowe zygoty. Ten moment, w którym szatan wysłuchał błagań braciszków i ustępując, wszedł w najświętszą ich rzecz, w psalmy, jest bardzo ładnie rozegrany.
    Jako jednak obdarzona pewną wrodzoną odpornością na umartwiania, posty i branie winy na siebie, nie dostąpiłam etapu trzeciego, na szczęście - i może dlatego nie czuję pokrewieństwa za peelem, który całe to zło znosi z pokorą dla dobra lepszej sprawy. Już przy świeżym tekście miałam wrażenie, że nie rozumiem jego genialności, a nawet, że opętany mnich nie rozumie samego Szatana, co wydawało mi się niewybaczalne, bo w końcu zostali obaj w najintymniejszym związku.

    Konstrukcja tego opowiadania bowiem przypomina drzewo, które bez ziarenka i od niewielkiego korzonka (Krzysztof Ostry O., postać bliżej niewyjaśniona) rozrasta się barokowo, w baobabowe królestwo, oszałamiająco przekonywujący i wielki jest w tym Szatan, i właśnie, gdy już-już jestem u progu poddania się, zaakceptowania siły nieczystej, wspaniała korona usycha, pochula się jako wierzba płacząca, traci gałęzie i ostaje się ino jedną witką. Zło zwija manatki i pakuje się, bez dalszej demonstracji mocy przecież, zdawałoby się, nieograniczonej, w postać nędznego mnicha, godząc się na skarłowaciałą rolę złego przykładu. I tego to ja już nie kupuję, a nawet czuję się nabita w butelkę. I takie miałam wrażenie, tak dwa lata temu, jaki i nadal zresztą, że opowiadanie rozrosło się samo i samo zwiędło, a twórca bawił się świetnie tym niekontrolowanym eksperymentem, którego zresztą do dzisiaj sam nie rozumie :)

  • * pochyla :)

  • Gdy doszło do chwili, w której opętanie przez Szatana przeszło z człowieka na Poezję (literaturę, Sztukę), zdajemy sobie sprawę z istnienia zasady równowagi, z tego, że w przyrodzie nic nie ginie. Człowiek zostaje uratowany, ale kosztem poezji. Właściwe mogłem na tym poprzestać, wyeksponować nadrzędność człowieka nad poezją, nadrzędność ważności człowieka nad poezją, ale coś mnie gryzło, że tak jednak nie jest, że bez poezji nie ma człowieka. Dlatego chyba zrobiłem ten krok dalej, karząc Szatanowi na powrót opętać człowieka i uwolnić poezję. Nie miałem innego pomysłu, nie widziałem innego rozwiązania, Ty Małgo byś widziała inne?, jeśli tak, to jakie?

  • To bardzo trudne pytanie, zaskakujesz mnie. Wielu większych poległo na tym temacie.
    Od dziecka czułam, że z tym Złem to nie takie proste. Bez zła nie ma dobra, jest nijakość, w najlepszym razie stan potencjalny. Dobro, można tak zaryzykowac, zawdzięcza swojego istnienie złu. Człowiek jest idealnym tego modelem. Jeżeli z poezji, czyli z samego jądra ludzkiej emocjonalności, ustąpi Szatan i zostanie sama wyekstrahowana idea dobra, będzie czegos bolesnie brakowało. Szatan jest niezbędny choćby jako znak "uwaga wykop", jego rola w literaturze jest może nawet najgłówniejsza od wiek wieków. Wiersze pozbawione szatańskiego napędu ostaną się w smutnym zwisie na wieczność. Dlatego wszystko broni się we mnie przed braciszkami egzorcystami, a w szczególności przed braniem Sztaana na siebie. Tę Muzę każdy chętnie zagarnąłby na wyłączność :)
    Nie wiem, jak rozwiązać Twoje opowiadanie. Może pozostawić je na przecudownym etapie opętania psalmów a nieszczęsnego egzorcystę skazać na dożywotne i bezpłodne uprawianie jakiegoś skalistego ogródka? łatwiej bowiem manna spadnie na pustyni, niż szatan odstąpi, co już raz opętał ;-)

  • Właściwie Małgo, wiem, o co Ci chodzi z tym a nie innym zakończeniem - mamy tu bowiem zakończenie a la "z wielkiej burzy mały deszcz", wielka demonstracja Zła i Szatana sprawia, że w Szatanie jest coś zachwycającego, coś czemu chciałoby się ulec, siła, ogromna siła, zaczynamy Szatanowi dopingować, może zmieni świat? - w opozycji do Szatana, do walki z nim staje mała myszka: mnich, człowiek skądinąd bardzo naiwny, święcie wierzący w dobro, w Pismo Święte i zadowolony ze swojej mnisiej sytuacji, szczęśliwy z pobytu w eremie odizolowanym od świata. Wydaje mi się, że żeby zrozumieć takie zakończenie ("baobab zamieniony w gałązkę", choć ja bym powiedział "Szatan zamieniony myszkę") trzeba zrozumieć erem, duch panujący w eremie.
    Wiem Małgo, biorę pod uwagę Twoje sugestie, tekst niewątpliwe wymaga pewnej korekty, ale na razie zostawiam go takim jakim jest, nawet w formie wadliwej. Samemu zaś Szatanowi nie dam sie rozrosnąć (nawet wiedząc że Szatan jest atrakcyjny), co to to nie :)

    • Szel _
    • 05 grudnia 2012, 19:06:46

    pamietam doskonale geneze tego tekstu

  • Ty się Romek nie przejmuj, moje nieusatysfakcjonowanie tym tekstem świadczy prawdopodobnie o jego doskonałości :-)

    Miałam przez niego fatalną noc. Śnił mi się, na przemian z innymi tekstami, taka dżungla tekstów, wieża Babel, podziemne korytarze długimi pokrętnymi językami wysuwały się we wszystkich kierunkach (m.in. zahaczały nieszufladę i tamtejsze tysiace komentów, które były dla mnie nieczytelne, w obcym, nieszuflandzkim jezyku; (może, bo w przeciwieństwie do Szel nie pamiętam źródeł tego tekstu, pewnie wtedy tam nie zaglądałam) zresztą nie mogłam się z nikim dogadać, było mi zimno, w japonkach i z kamerą fotografowałam coraz wieksze zaspy śniegu, które zamieniały się w małe igloo, a z tych śniegowych domków wychodzili maleńcy tubylcy, krzyczeli do mnie coś ze złością w swoim narzeczu i rozumiałam tylko: "Yoko Ono!" W pośpiechu fotografowałam, to co widzę, wydawało mi się ważne jak wieża w Pizie, która nie wiadmo, czy za chwilę się nie przewróci, jak fontanna Vasariego we Florencji, ta z amorkiem i delfinem, jak kanały, zalewające Wenecję. Wróciłam do domu, do Kioto, była wiosna i oczywiście oszałamiająco kwitły wiśnie, slońce świeciło na ekran i przeszkadzało, gdy przeglądałam na komputerze zdjęcia, gorączkowo szukając na nich ludzików ale wszędzie były tylko samotne, białe kretowiska.
    A rano obudził mnie dźwięk łopat, skrobiących podwórze, i wszystko było śnieżne, cudowne, zasypane.

    Jednak dzięki tej nocy zrozumiałam, jak powinna wyglądać współczesna powieść, i o tym opowiem Ci kiedyś, ale nie teraz, najpierw muszę się podszkolić w programowaniu, bo oczywiście tylko powieść elektroniczna jest naprawdę współczesna.
    Więc naprawdę się nie przejmuj, prawdopodobnie wymyśliłeś jedyne słuszne rozwiązanie, gdy cały ten barok zła wrzuciłeś na powrót w jednego człowieka, bo diabeł tkwi w szczegółach a najwaźniejszym szczegółem świata jest pojedyńczy człowiek.

  • *pojedynczy :)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się